Rachunek Sumienia..

Jeśli umiesz przyznać się do błędu – mały wyczyn. Pochwała świadomości istnienia błędu jest podobna do pochwały świadomości istnienia głupoty – jeśli jesteś głupi,to nic nie da ani nie zmieni nazywanie tego faktu. Za to bezcenne jest wdrożenie nawyków, zachowań, działań i zmian myślenia, które sprawią ,że głupota (mówię teraz o tej ,która dotyczy zachowań) zacznie być powoli wyrzucana z codzienności ,by na jej miejsce pojawiały się wartościowe i progresywne zachowania. Tylko wtedy ma sens fakt, że na początku człowiek do tej głupoty się przyznał. Analogicznie jest z błędem czy poczuciem winy. Dopóki człowiek tkwi w schemacie nazywania tego stanu werbalnie (nawet jeśli robi to często) – nic tak naprawdę nie robi w kierunku zmiany tego stanu.

Ustalmy jedno – choć poczucie winy jest stanem ważnym – nie jest ono stanem ,które pozwoli na wyciągnięcie wniosków. Jeśli człowiek popełni znaczący błąd – będzie je odczuwał, ot psikus ludzkiej psychiki chyba, że jest sie socjopatą, psychopatą ,generalnie osobą zdeficytowaną w aspekcie własnych emocji. Kiedy więc możemy mówić o zdrowym poczuciu winy ? Naukowcy dowiedli, że ono istnieje ale dziś nie będzie naukowo, a po prostu autopsyjnie.

Zrobiłam źle. Mało tego, była to ciągłość zdarzeń ,która zaczęła zaciskać na mnie swoje łapy. Ale to ja byłam prowodyrem własnej głupoty. I co z tego, że o tej głupocie wiedziałam i mówiłam, skoro robiłam tak dalej, automatycznie generując powyższe poczucie winy ? Lecz ono akurat..nie było zdrowe.

Poczucie winy jest zdrowe ,kiedy poza świadomością popełnionych błędów – wiem jak skrzywdziłam KOGOŚ, nie SIEBIE. Jeśli będę notorycznie skupiać się na sobie, na tym jak cierpię bo w wyniku moich błędów jest mi źle – stawiam siebie w centrum. A przecież moje błędy dotykają nie tylko mnie. Cierpią Osoby Ważne, które swoim czasem potrafią sprawić, że staję się nowym,lepszym człowiekiem. Świat nie kręci się wokół mnie. Uświadomienie sobie , że moje zachowania dotknęły Kogoś Bliskiego – to bardzo ważna lekcja. Dopiero wtedy moje poczucie winy wychodzi poza ramy własnego egoizmu a pokazuje mi, że jeśli następnym razem mój krok będzie nieprzemyślany – znów ktoś ucierpi. A skoro nie jestem żadnym pasjonatem krzywdzenia innych – powinnam najpierw pomyśleć JAK moje zachowanie wpłynie na drugą osobę, na jej stan, na jej myśli. Mało tego, krzywdząc głupim błędem kogoś – zadaję ból sobie, to synchronizuje. Jeśli to zrozumiem – moje poczucie winy jest zdrowe.

Bo tak łatwo jest użalać się, że ,,jest mi źle,,. Ale to moje błędy, więc logiczne, że mi zawsze z tego powodu będzie źle. Jednak nie mam prawa swoją głupotą krzywdzić Ludzi Ważnych, którzy tak naprawdę nie są od tego, aby dotykały ich konsekwencje moich własnych działań i chorych ,nieprzerobionych schematów.

Właśnie. Nieprzerobionych? Kto Ci zabrania przerobić ? Są terapeuci, są specjaliści. Poszukaj jakiegoś. Zacznij mówić. Dopóki nie nauczysz się prosić o pomoc i Z POKORĄ przyjmować pomoc (opartą na fachowości a nie na Twoich roszczeniowych farmazonach i żądaniach) – filozofowanie o Twoich pięknych zaletach nic Ci nie da. Nie jest ważne ile książek w życiu przeczytałeś ,bowiem jeśli nie ,,wyskoczysz,,  z kręgu zachowań, które do niczego Cię nie doprowadzą – o czym już zdążyłeś się przekonać – możesz być pewien, że podobne błędy powrócą. A przypomnijmy – krzywdzisz nie tylko siebie. To odbija się szerokim łukiem.

Dobrze, jest Ci źle. Nazwij to sobie, w końcu i tak czujesz ten stan więc Ameryki nie odkryjesz. Ale skończ z egoizmem, bo gdybyś choć przez moment wcześniej zastanowił się , jak Twój brak odpowiedzialności wpłynie na kogoś – wiedziałbyś, że nie tylko Ty nosisz pakiet emocji i prowadzisz życie, w którym chciałbyś, aby pozytywne relacje nie zawodziły w trudniejszych momentach.

Dojrzałe podejście do własnych błędów to zmierzenie się nie tyle z własnymi odczuciami, ale jak już podkreśliłam – ,,ubranie cudzych butów,, i przejście się w nich – jak ktoś poczuł się z naszym zachowaniem, jak to na niego wpłynęło i dlaczego daliśmy sobie prawo do tego, by w ogóle o tym nie pomyśleć, że w ogóle wpłynie. Bo gdy pomyśleliśmy, było ,,trochę,, za późno.

Gdy odstawimy na bok własne żale i przestaniemy skupiać się na sobie – odczuwanie staje się bardziej intensywne. Bo dotyczy już nie nas samych. Dotyczy tych, którzy w niczym nie zawinili. Ale już możemy ruszyć w przód. Zdrowe poczucie winy w tym momencie staje się dla nas nauką i motywacją na przyszłość ,aby sto razy pomyśleć, zanim nasza słabość charakteru weźmie górę. Tu jest czas na pracę. Aby tę ,,słabość,, zacząć przerabiać na siłę. Tu właśnie pojawia się nowa motywacja i samozaparcie. Chęć zadośćuczynienia także poprzez własne zachowanie. Tu pojawia się pragnienie bycia lepszym niż było się przed feralnym ciągiem zdarzeń.

I to jest ten właściwy proces. Ten ,do którego zdrowe poczucie winy miało w swej istocie nas zaprowadzić. Ten proces, to Nowe Działanie.

Z takimi przemyśleniami się budzę 🙂

Reklamy

No i od nowa..

U narkomanów i alkoholików nie ma dróg na skróty. Niby prosta filozofia ,a jednak w moim odczuciu jest ona bardziej wymagająca w swej istocie niż u osób zdrowych. Budujesz swoją trzeźwość, budujesz, pracujesz nad sobą – ale wystarczy, że do głowy uderzy Ci woda sodowa w postaci nadmiernej pewności siebie – i lecisz na ryj. Dosłownie i w przenośni, jak kto woli. I gdy juz dopuścisz do siebie myśl, że spierdoliłeś kawał dobrej roboty – trudno jest podnieść własny tyłek ,złapać się za gębę, zaprowadzić przed lustro i zrobić przed nim rachunek sumienia. Osoby zdrowe też tak mają,wiec narkoman czy alkoholik – wyobraź sobie siebie jako nałogowca – ma z tym ,,mea culpa,, jeszcze większy problem. Bo tu nie chodzi o zwykłe ,,mea culpa,, i kajanie się przed lustrem. Tu nawet nie chodzi o to, że taki uzależniony człowiek zawiódł masę ludzi. W tym głównie siebie. Nie chodzi tu też o biadolenie na temat tego, co spowodowało, że abstynencja poszła w cholerę. Tu chodzi o fakt. Stało się. A skoro jest fakt – to musi pojawić się działanie, by z tego negatywnego faktu lub ciągu faktów – powstał fakt kolejny. Tym razem pozytywny. Tak, z tą różnicą,że pozytywny fakt będzie dopiero wtedy, gdy wrócimy na wysokie loty i osiągniemy znacznie dłuższy poziom trzeźwości niż ten, który zmarnowaliśmy poprzez upadek. Dopóki to nie nastąpi – każdy trzeźwy dzień będzie jedynie półprawdą, będzie namiastką Faktu, który musimy osiągnąć,ponownie poprzez ciężką, wielomiesięczna pracę. Stało się. Abstynencja była, później być przestała. To wplecione ryzyko zawsze będzie towarzyszyło przypadłości pt.narkomania czy alkoholizm. Dupa do góry. Nie ma sensu szukać głęboko powodów dla których sie powaliło jak stare drzewo, bo szukając powodów zabraknie nam czasu na to,by zacząć działać w imię zaistniałego faktu. Na grzebanie w powodach przyjdzie czas,ale czy naprawdę jest to najważniejsze ?

Najważniejsze jest teraz działanie. Im szybciej,tym lepiej. Bez obtłumaczania, pieprzenia farmazonów na temat tego jaki ten świat jest zły,bo podsunął mi ćpanie czy kielicha pod gębę. Kogo to obchodzi, nikt na siłę Ci niczego do tej gęby nie pchał, więc nie rozczulaj się i nie rozglądaj za nadmiernym współczuciem. Ludzie Cię zjebią ,bo poleciałeś w ciąg ? I słusznie. Mają prawo, bo gdyby klepali Cię po dupie to byłbyś wówczas jak plastelina włożona do rozgrzanego piekarnika. A chyba jednak Twój poziom rozwoju oscyluje trochę wyżej niż plastelinowa breja,prawda ?

Wytrzeźwiej. Zrobione. Przeżyj po swojemu pierwsze poranne głody. Chciałeś szaleć to przeżywaj. Dobrze wiesz, że szaleństwo zawsze w tej kwestii prowadzi do niezbyt przyjemnych doznań. Masz juz trzeźwą głowę, więc ciało sobie poradzi. Ludzie zdobywają szczyty gór w ekstremalnych warunkach więc nie mów mi, że nie przerobisz własnego głodu ,który minie. Zamknij się w domu. Mi to zawsze pomagało. Zmuś się nawet do ogłupienia umysłu Durnym serialem,aby te pierwsze trudne godziny jakoś minęły. Napisz coś. Włącz muzykę. A gdy już przetrwasz te pierwsze trudne momenty – bierz się za własny tyłek i podnoś. W budowaniu trzeźwości nie ma czasu na odpuszczanie,zwłaszcza jeśli daleś dupy w świadomy nałogowy sposób.

Nie będzie kolorowo. Ale skoro umiałeś być trzeźwy, a także nietrzeźwy – to możesz być trzeźwy znów. Pamiętaj zawsze o jednym – nawrót to skurwiel, ale mija. Nie pozwól aby kawałek syfu w różnej postaci kierował Twoim życiem,które na trzeźwo,ma Ci znacznie więcej do zaoferowania.

Takie refleksje przy kawie.

Utrata…

Kiedy w życiu upadasz w chwilach, kiedy nie spodziewasz sie tego w żaden sposób – wierzysz w to, ze bliska Ci osoba będzie przy Tobie. Wierzysz w to, ze nie odejdzie i nie potraktuje Cie jak rzesza ludzi do tej pory. Ufasz. Wierzysz. Potrzebujesz. Pokladasz nadzieje i jesteś pewny tej osoby. Bo miała być inna niż wszystkie inne. Miała być wsparciem, a nie sędzią stojącym nad Toba i gotowym wydać wyrok. 

Są takie chwile kiedy pewność siebie zawodzi. Zawodzi własne Ego i poczucie siły,sprawczosci. Zawodzi cały świat, bo Ty sam zawodzisz. Zawodzi psychologia. Zawodzi wszystko.

Ale Ty robisz z siebie imbecyla. Naiwnie Wierzysz we własne dobro które zostało zakazane przez błędne decyzje. Wtedy wali sie cały Twoj świat.

Ale Ty.. Mimo wszystko sie jeszcze łudzisz..

Cenny Kryzys …

Kryzysowe sytuacje w życiu są jak przebita opona w samochodzie – albo zareagujemy wystarczająco szybko i zmienimy tę oponę aby móc dalej kontynuować podróż, albo będziemy jechać ,,ile się da,, na tej dziurawej, łudząc się, że mimo wszystko dojedziemy do celu. Kwestia wyboru i tego, czy i jak – dostrzeżemy ryzyko w działaniu, które na pierwszy rzut oka wydać się może prostsze, bo mniej czasochłonne. Kryzys. Załamanie stanu względnej harmonii i spokoju ducha, kiedy to przytłacza nas przeświadczenie o własnej beznadziejności a także o beznadziejności życia. Wszystko jest bez sensu. Nic się nie układa. Jestem nieszczęśliwy. Nic nie da się zrobić i zawsze już tak będzie. Inni mają lepiej (w momencie kryzysu z  reguły nawet nie pamiętamy, że są też inni, którzy mają od nas gorzej). Załamaniu nastroju towarzyszy dość często wyjątkowa podatność na przyswajanie krytyki ,nawet najbardziej irracjonalnej i nieprawdziwej, którą w normalnych ,,niekryzysowych,, warunkach – nawet byśmy się nie przejęli. Nie jest to przyjemny stan, każdy może to stwierdzić na podstawie własnego doświadczenia. Każdy może przeżywać ten stan po swojemu, bowiem każdy jest ,,zlepiony,, emocjonalnie inaczej. Jednak pomimo faktu, że nikt nie lubi cierpieć ani wątpić we własne możliwości, szczęście i egzystencjalną przydatność – istnieje paradoksalnie coś , co nazwę w skrócie DSKS – Dobra Strona Kryzysowej Sytuacji. Brzmi nienormalnie, wiem. Zwłaszcza w chwilach, kiedy nie wiemy gdzie się podziać, co z sobą robić ani jak złożyć swój własny świat, który na daną chwilę jest przez nas tak znienawidzony. Ale jeśli zdobędziemy się na wysiłek – z każdej sytuacji, która jest naszym osobistym kryzysem – możemy wyjść silniejsi oraz podbudowani. Ja swój kryzys osiągnęłam wczoraj.

Nałożyło się na niego wiele czynników, z czego prowodyrem były emocje spowodowane osobą mamy, o której wspominałam już w poprzednim wpisie. Zauważyłam, że na moment opuściłam swoją ,,gardę wojownika,, , jaką jest motywacja. I u mnie to wystarczyło, abym jak gąbka – zaczęła chłonąć negatywy nawet z neutralnych , statycznych sytuacji. Pozwoliłam sobie wczoraj na to, by spojrzeć na siebie oczami mamy, dopusciłam do siebie jej przekaz nawet nie pamiętając o tym, że przecież nie jestem taka, jaką ona od lat mnie widzi. Mój system psychicznej odporności zbuntował się, bo JA mu na to pozwoliłam. W wyniku tego powróciło na pewien czas myślenie przeszłościowe typu – ,,wezmę tabletki, skończę z sobą, napiję się, najebię się, pierdolę wszystko,, . Ale gdy zauważyłam, że samodzielnym przerabianiem tego tematu – niczego dobrego nie osiągnę a skutki mogą mnie rozwalić – powiedziałam Jej o wszystkim. Nie unosiłam się dłużej dumą i pragnieniem samodzielnego odzyskania nad sobą kontroli, lecz POWIEDZIAŁAM Zaufanej Osobie co się dzieje. Ten krok sprawił, że na nowo podjęłam walkę, którą zwyciężyłam. 

Bardzo ważne w chwili kryzysu jest by pamiętać o tym, że nie zawsze musimy być silni i nie zawsze samodzielni. Kryzys to nie gra telewizyjna, w której kontrolujemy za pomocą kontrolera bohatera danej gry. Takie podejście typu ,,sam odzyskam władzę nad swoim umysłem,, może sprawić, że to kryzys nas skontroluje a wówczas nasz świat budowany z taką pieczołowitością i konsekwencją, staraniem – może legnąć w gruzach. Warto rozmawiać. Zwrócić się o pomoc. Owszem, dobrze jest mieć świadomość tego CO jest prawdziwym kryzysem a co jedynie złym humorem, by nie tracić czasu bliskich osób tylko dlatego, że (powiedzmy) obiad nam się nie udał i biadolimy z tego powodu z poczucia źle dopilnowanej czynności. Ale jeśli czujemy, że coś niepokojącego dzieje się z naszymi emocjami – warto , TRZEBA – reagować, bowiem im dłużej będziemy upierać się przy własnej samodzielności – tym bardziej owy kryzys się w nas pogłębia i tym trudniej  może być nam z niego wybrnąć i powrócić na powierzchnię.

Co wyniosłam w wczorajszego kryzysu ?

  1. Uświadomiłam sobie, że nie jestem sama i że nie muszę stwarzać pozorów wiecznie silnej osoby – słabość umysłu jest stanem przejściowym i przy odpowiedniej reakcji i podejściu mogę wrócić do swojej strefy psychicznego komfortu.
  2. Zrozumiałam , że jeśli spotykam się ze słowami, które od lat są takie same będąc zarazem słowami z którymi się nie zgadzam – wcale nie muszę ich rozkładać na czynniki pierwsze i analizować ich, gdyż niczego dobrego mi one nie przyniosą a stracę na to jedynie swój czas, energię i obniżę samodzielnie poczucie własnej wartości.
  3. Dostrzegłam sferę samej siebie nad którą muszę w dalszym ciągu pracować, ponieważ choć jest silna – to nie jest ona tak silna za jaką ją uważałam. Bo fakt, że wczoraj się nie napiłam to jedno. Ale samo to, że w tym całym chaosie pomyślałam odruchowo o tym, że ulicę dalej mieszka dealer narkotykowy – mówi samo za siebie. Teraz wiem, że skoro w wyniku trudnego stanu emocjonalnego – pomyślałam o dawnym sposobie zagłuszania emocji – to muszę wzmocnić swój plan reagowania w kryzysowych sytuacjach, aby takie myślenie nie wystąpiło w przyszłości.

       4. Zauważyłam swój mały progres zachowawczy w kwestii zachowania. Jeszcze rok temu , w takiej sytuacji przemilczałabym wszystko bojąc się ,że jeśli przyznam się do przykrych emocjito że będę wówczas osobą słabą. A tymczasem wczoraj zrozumiałam, że kryzys nie oznacza byciaabą osobą, bo do słabości w emocjach ma prawo każda ludzka istota. A to, czy w ostatecznym  rozrachunku staniemy się osobą słabą zależy od tegojakie podejmiemy decyzje w kwestii działań skierowanych na kryzysową sytuację.

     5. Umocniłam się w myśleniu, że nie trzeba być z drugim człowiekiem związanym więzami krwi, aby móc przyjąć jego wsparcie, ciepło, życzliwość, empatię oraz troskę. Pozwoliłam sobie odczuwać radość, z powodu, że choć odległością daleko – to jest Człowiek, który dostrzega we mnie tak wiele, tyle budujących elementów we mnie wkłada każdego dnia, że ..że po prostu musiałam przegonić siłą siebie te ciemne chmury wiszące nade mną aby dostrzec slońce, które pozwoliłam sobie zasłonić. Kolejny mały progres ,bowiem naprawdę uwierzyłam w szczerość troski o mnie a to oznacza, że postępuje u mnie rozwój zaufania. Bo choć czasem napawa mnie ta sfera lękiem ( czy będę mogła tak ufać już zawsze? Czy mogę mówić i przeżywać wszystko?) to każdego dnia jest mi lepiej, bardziej pewniej, bardziej stabilnie, chociaż czasem jeszcze się wycofuję. Demony przeszłości czasem jeszcze przypominają o swoim istnieniu ale już wiem, że nie jestem sama na tym pobojowisku, z którego wyszłam poraniona, lecz już zaleczam stare rany.

Podsumowując moje dzisiejsze przemyślenia – wczorajsza histeria miała jak sądzę drugie dno. Musiała wystąpić abym mogła pomyślnie przez nią przejść i móc obudzić się z czystym sumieniem , ze świadomością zwycięstwa, ale i będąc mądrzejsza. Dziś wiem, że nie mogę dopuszczać do siebie nadmiernej pewności siebie w odniesieniu do własnej abstynencji bo przy takim nadmiarze pewności – nałóg podstępem będzie mógł zaczaić się na mnie w najmniej spodziewanym momencie a ja tego po prostu nie chcę. Jestem silniejsza wiedząc, że wróciłam do wewnętrznej harmonii w sensie spokoju na emocjach ale wiem także, że jeszcze nie potrafię samodzielnie przechodzić przez tego typu sytuacje. Jestem szczera względem siebie i wiem, że gdyby nie Ludzki – nie umiałabym sprowadzić na ziemię zdrowych emocji ,przeganiajac równocześnie tych ,które siały zamęt. To mi pokazuje ile pracy nad sobą muszę jeszcze wykonać ale wiem, że potrafię to osiągnąć.

A Ty, jakie paradoksalne korzyści jesteś w stanie wyciągnąć z własnej kryzysowej sytuacji ? Zanim odpowiesz, że żadnych – wycisz się i przeanalizuj daną sytuację i siebie po jej zakończeniu. Być może Twoje reakcje końcowe przy danym wydarzeniu bardzo Cię zaskoczą. Być może nawet się nie spodziewałeś, że dany kryzys w taki sposób można zażegnać. Ale to świadczy nie o Twej głupocie – to świadczy o kreatywności 🙂 Przecież nie każdy wpadłby na taki pomysł jak Ty a zatem doceń i pochwal się za to 🙂 Ja dziś rano – także to zrobiłam i dzięki temu ,chociaż wczoraj miała u mnie miejsce histeria stulecia – śmieję się do siebie pod nosem 🙂

Niehisterycznego dnia Wam życzę 🙂


Uśmiech Przez Łzy..

Są historie, które każdy z nas nosi w sobie tak głęboko, że nawet umierając – nie zechce ich wyjawić. To są tajemnice. Są rzeczy, o których człowiek zawsze będzie mówił z nadzieją, z lekkim uśmiechem choć i z nutą niepewności. To są marzenia. Są tematy, które o każdej porze dnia i nocy – niezależnie od wieku – będą wywoływały na ludzkich twarzach ciepły uśmiech. To piękne wspomnienia. Są też relacje między ludźmi, które zawsze wywoływać będą uśmiech przez łzy, ból w sercu i świadomość, że nic już nie da się w tej kwestii zrobić. Bynajmniej nie w tym życiu. Można jedynie od siebie odejść. To są toksyczne relacje. 

Ten wpis będzie dla mnie wyjątkowo ważny. Dziś bardzo długo szarpałam się z sobą czy aby powinnam go dodać, dlatego wstawiam go o tak późnej dla mnie porze. Uznałam jednak, że może moje przemyślenie pomoże odnaleźć się komuś, komu ten temat również nie jest obcy. W każdym razie wiem, że potrzebuję tej chwili na ponazywanie tego wszystkiego, co dziś po prostu wyjątkowo mocno odbiło się na moich emocjach i bólu, jaki te emocje z sobą przyniosły.

Toksyczne relacje mogą dotyczyć wielu konfiguracji. Możemy mówić o środowisku w pracy, w szkole, wśród znajomych, możemy doświadczać toksycznego związku. Każdy zapewne mógłby dodać tutaj coś od siebie i wydłużyć tę listę. Tak naprawdę ilu ludzi – tyle toksycznych relacji możnaby stworzyć. Na upartego nawet przewodnik duchowy może okazać się toksyczną jednostką. Zanim jednak odniosę się do mojej relacji pojmowanej mianem toksycznej – warto na początku określić po krótce – jak wygląda toksyczna relacja, niezależnie od tego jakich ludzi ona dotyczy.

Warto mieć tutaj na uwadze, że toksyczną relacją nazwiemy KAŻDĄ relację interpersonalną, która przynosi naszym emocjom (psychice=samopoczuciu=poczuciu własnej wartości) dotkliwy ból, cierpienie oraz jest nacechowana negatywnymi dla nas skutkami. To tak najprościej bowiem nie chcę tutaj tworzyć wywodów encyklopedycznych. Osoba toksyczna swoim zachowaniem (gestami, słowami,sugestiami,insynuacją,szantażem emocjonalnym,etc) doprowadza nas regularnie do zachwiania się naszej struktury psychicznej , co może (choć nie zawsze ma to miejsce) doprowadzić do myśli i działań destrukcyjnych z naszej strony. Osoba toksyczna usiłuje wywierać presję na nas chcąc dowartościować siebie naszym kosztem. Czasem myślę, że takie osoby mają w sobie coś z psychopatii bo – choć nie muszą podejmować działań czysto psychopatycznych – to poziom ich empatii, poczucia winy czy współczucia jest u nich tak zimny,nieobecny i wyobcowany, że w roli filmowego psychopaty taka osoba wypadłaby bardzo autentycznie bez uprzednich studiów na kierunku aktorskim. Relacje toksyczne są często uzależniające i budowane są latami. Często człowiek nie dostrzega tej toksyczności gdyż owe relacje dotyczą osób bliskich, ba – teoretycznie najbliższych, które w postrzeganiu świata zewnętrznego – są osobami najbardziej ciepłymi i pozytywnymi. I właśnie dlatego toksyczność tych relacji jest tak często niewidoczna dla świata – no bo jak to, matka miałaby mieć negatywny wpływ na życie córki ? To niemożliwe, przecież każda matka kocha swoje dziecko. Owszem. Może i kocha. Tylko teraz pytanie – jaką miłością kocha ? Czy zawsze kocha ? A jeśli kocha to czy ta córka to czuje ? Jeśli jednak nie czuje miłości – to co takiego czuje ? To może odpowiem. Odpowiem teraz nie jako pasjonatka psychologii i nauk pokrewnych. Opowiem nie jako trzeźwa narkomanka pragnąca naubliżać własnej matce na blogu. Opowiem nie jako małe dziecko, które fantazjuje przed pójściem spać. Opowiem jako TA CÓRKA. Ta córka, która od wielu lat walczy z toksyczną relacją z własną matką i która kosztem własnego życia i tego, co ma w sercu – łudziła się do dziś, że to nie ta relacja jest toksyczna, tylko że zła jestem ja. I że to moja wina, bo ,,gdybym była inna,,……. Gówno prawda. Gdybym była inna – znalazłaby inny powód, aby nazywać mnie i traktować tak, jak ma to miejsce za zamkniętymi drzwiami, kiedy  świat nie widzi. Bo kiedy widzi to..hmm..no cóż…

  1. Jak Ty mnie nie szanujesz, ciągle kłócisz się ze mną i głos podnosisz,
  2. Myślisz, że jak się naczytasz tej psychologii to że staniesz się lepszym człowiekiem a ja i świat zapomnimy kim byłaś gdy ćpałaś,
  3. To przez Ciebie umarł mój mąż (mój Tato,który rok temu umarł na nowotwór) – przyśpieszyłaś własnym zachowaniem jego śmierć,
  4. Twoi bracia osiągnęli tyle w życiu, Ty  od moich koleżanek się odpierdol bo do pięt im nie dorastasz,
  5. Wypierdalaj z tego domu, będę miała święty spokój, ja sobie bez Ciebie całe życie radziłam i poradzę,do niczego mi nie jesteś potrzebna.

To dość delikatne wersje krzyków jakie dane jest mi słyszeć. Akurat te mi się nasunęły choć mogłabym cytować bez końca. Z reguły wówczas krzyczę, że ,,trzeba było ścisnąć nogi przy porodzie  bym wcale się nie urodziła,, . No ale na to też słyszę odpowiedź – ,,gdybym wiedziała, że TAKIE COŚ wyjdzie przy porodzie to bym nogi ścisnęła, żebyś się nie urodziła,, . Wówczas rzucałam dość często na odchodne – ,,to mogłaś się nie pieprzyć to by mnie nie było,, – i wychodziłam z domu uciekając w narkomańskie maratony. By nie czuć, by zagłuszyć te słowa, które cięły moje serducho. Bo ZA CO ? Czy tylko za to, że przez…że przez Pewne wydarzenie – jedyne co umiałam to ucieczka w świat ćpania, by zabić jak najwięcej niezagłuszalnych mimo wszystko wrzasków z przeszłości ? Ile trzeba mieć nienawiści do własnego dziecka, aby z dziką satysfakcją mówić rzeczy, jakich nigdy nie powiedziałoby się obcemu człowiekowi mając choć trochę serca i mało tego – nigdy za nic nie przeprosić…

Pamiętam taką sytuację. 4 lata temu, wtedy najbardziej byłam wyczulona na tematykę gwałtów,molestowania,miałam strasznie zły stan, największe ciągi narkotykowe. Wróciłam naćpana do domu. W stanie, który zapowiadał zwidy i głosy. Potrafiłam to rozpoznać po latach kiedy to się zbliża. Ale wtedy pierwszy raz zaczęłam bać się o siebie bo zaczęło dość mocno bić mi serce, zrobiło mi się słabo, podpierając się ścian ledwo doszłam do salonu i położyłam się na podłogę. Poprosiłam mamę by zadzwoniła na pogotowie. Nie mogłam utrzymać telefonu, ciężko mi się oddychało (dodam, iż jestem astmatykiem w gratisie). Zimne poty, drgawki.. Zaczęłam płakać i PROSiĆ o ten pierdolony telefon na pogotowie. Pierwszy raz w życiu tak bardzo bałam się, że umrę i paradoksalnie – nie wiem dlaczego – wtedy pierwszy raz nie chciałam umierać. Moja mama powiedziała mi jedno zdanie – ,,Idź tam gdzie ćpałaś, niech koledzy dzwonią na pogotowie bo ja jedynie mogę przynieść Ci nóż z kuchni,tak bardzo lubisz się ciąć,że jak zrobisz to raz a porządnie to będzie chwila płaczu po Tobie a później święty spokój,, . Wtedy nie rozumiałam przesłania tego komunikatu. Na 112 zadzwonił Tato. On zawsze jako jedyny mnie ratował pogotowiem. Zanim przyjechało pogotowie – miałam pierwszy stan przedzapaściowy. W szpitalu przeżyłam swoją pierwszą zapaść. Do tej pory leczę się na tachykardię i arytmię. Ale nie chodzi tu o to, by nade mną biadolić. Chcę swoim fragmentem biografii pokazać, że to, co świat ogląda na ulicy – to nie zawsze jest prawda, bo prawdziwość relacji – swoją kulminację osiąga zawsze w czterech ścianach. Czasem wręcz dana relacja jest tak toksyczna, że ocieka jadem. Ale ten jad jest niedostrzegalny gołym okiem. Trzeba podejść bliżej i wnikliwie przyjrzeć się ludziom, aby zrozumieć czasem człowieka, którego życie nie wzięło na swoje skrzydła w przeszłości..

Relacje oparte w swej treści na toksyczności nie muszą opierać się na przemocy.  Nie muszą wywodzić się z patologii. Nawet nie muszą na takie wyglądać. Najczęściej z pozoru wyglądają normalnie, a kiedy już osoba trzecia zauważy jakiś niepokojący objaw – wina za całokształt zrzucana jest na osobę, która znajduje się w mniej korzystnej sytuacji życiowo. W moim przypadku – wypadło na mnie a ja – latami – żyłam w permanentym przekonaniu, że na każde bolesne słowo i gest – po prostu zasłużyłam. Swoim nałogiem. Wycofaniem. Innością. Zawsze był powód abym czuła się winna a nawet gdy stawałam lekko na nogi dzięki pojedyńczym ciepłym słowom obcych ludzi – słuchając tego, czego słuchałam od lat w domu – wracałam swym stanem umysłu do przeświadczenia, że mnie się nie da kochać i że o wiele łatwiej jest mnie nienawidzić.

Nie umiałam się za to wszystko odpowiednio ukarać. Nie pomagały większe ilości narkotyków, jakie zażywałam. Nie pomagało cięcie się. Z każdym dniem stawałam się wobec siebie coraz bardziej wymagająca chcąc uodpornić się nauką. Tak mam do dziś. Nauka uodparnia mnie na ból, zwiększa moją wartość ale i pogłębia moją pasję, a dzięki psychologii – latami udawało mi się żyć. To tej pasji zawdzięczam siebie taką jaką jestem w tych dobrych fragmentach.

Wiem, że wyrządziłam wiele krzywd swoim nałogiem ale wiem także dlaczego w ten nałóg weszłam. Nikt nie zapytał mnie dlaczego. Każdy oceniał. Z czasem toksyczni stali się nie tylko narkomani z mojego otoczenia ale przede wszystkim rodzina, współczująca mojej mamie ,,takiej córki,, a mnie – obwiniająca za ,,ból i cierpienie matki,, . Zostałam sama, nie wierząc w to, że warto jest zaufać. Po co ufać, skoro w najbardziej wiodących momentach – każdy odchodził, bo byłam tak złym człowiekiem.. A raczej tak o sobie wówczas myślałam..

Toksyczne relacje mają to do siebie, że bardzo często jest trudno od nich odejść. Wyrobione poczucie urojonej zależności zlewa się z pragnieniem i ślepą wiarą w to, że może kiedyś zostanie się pokochanym, zaakceptowanym. I tak trwa się w tej relacji, zaniedbując własne pragnienia, cele, odsuwa się swoje marzenia bo potrzeba ciepła jest tak silna, że każdy jej wybłagany przejaw daje uśmiech choć podświadomie wie się, że za kilka godzin znów będą łzy.. Dziś podjęłam decyzję o zakończeniu takiej relacji nie na moment. Lecz na zawsze. Była to  cholernie trudna decyzja i JA MARIETTE – zrobiłam coś, czego nienawidzę robić i tego nie robię. Płakałam. Tym całym bólem jaki latami ze mnie wypływał kiedy się cięłam i przez to uważana byłam za ,,psychiczną,,. Dziś podjęłam kroki ku działaniu. Bardzo się boję, bo te przywiązanie i świadomość, że ,,może mama będzie cierpiała i tęskniła bo może choć trochę  mnie kocha,, – sprawia, że ja nie chcę zadawać świadomie bólu jaki daje odejście bowiem wiem, jak latami taki ból krzywdził mnie. A ja nienawidzę ranić choć wiem, że potrafię. Ale wolę odejść do świata, gdzie na nowo odbuduję siebie. Stanę na nogi. Wyciągnę ręce po szczęście. Małymi krokami nauczę się z Jej pomocą stabilnie iść przez życie.. Nie będę się bała odrzucenia. Może za kilka lat zdecyduję się na miłość..bo teraz jest na to za wcześnie..nie umiem już otworzyć serca na miłość. Ale może kiedyś.. Wiem tylko , że choć wybaczyłam komuś największą krzywdę jaką mi wyrządził TYM – to własnej mamie nie jestem w stanie wybaczyć.

I może jestem suką w tym momencie pisząc takie rzeczy..ale chyba nigdy nie będę umiała jej wybaczyć.

Nawet w innym mieście, do którego jeszcze w tym roku pragnę się wyprowadzić jeśli tylko los da mi taką szansę a wiem, że jeśli ją otrzymam – to na pewno jej nie zmarnuję.

Ale nie wybaczę. Nawet jeśli brzmi to nieludzko..

Wieczorne katharsis..

Po prostu Mamo … Po prostu żegnaj….

Dziewczynka ,,bez uczuć,, .

Miałam kiedyś terapeutkę. Nie wiem nawet czy była to bardziej terapeutka od człowieka czy od uzależnień, bo na tamten okres czasu – terapeuta to był terapeuta, a że spotkania z nią odbywały się indywidualnie podczas mojego pobytu na pierwszym odwyku – nie wiem jak mam ją klasyfikować. W końcu zajęcia grupowe z nią – odbywały się w klimacie narkotyków, zaś indywidualnie – próbowała prostować mi osobowość. Miała na imię Edyta. Budziła zaufanie, bowiem miała 38 lat więc uznałam, że powinna mieć zarazem jakieś doświadczenie. Miała dość luźny styl bycia jak na kobietę, która na tamten czas woziła tyłek jednym z nowszych Audi, nie dało się tego nie zauważyć. Uznałam zatem, że pieniądze nie przewróciły jej w głowie co czasem się zdaża. I choć nienawidziłam tego ośrodka bo nienawidzę zajęć w grupach do dziś – zajęcia z nią bywały wciągające . Do czasu.

Pewnego dnia uznała, że nadszedł czas, abym powiedziała grupie coś więcej na swój temat. Nie mówiłam bowiem do tej pory nic. Odmawiałam każdemu terapeucie. Zarówno udziału w Ustawieniach Hellingera jak i w każdej innej formie zajęć. Po prostu zawsze siedziałam, i rysowałam w swoim zeszycie przestrzenne bryły, które później losowo zamalowywałam markerem lub czarnym długopisem. Dla mnie to nie było ,,losowe,, , ale cieszyłam się, że terapeuci tak ten proceder odbierali, nie ,,dogrzebując się,, o co mi chodzi. No więc pewnego dnia zażyczyła sobie oficjalnie abym powiedziała dlaczego tu jestem. Na odwyku. No jak dlaczego – jestem ,bo kurwa ćpam. Taka była moja odpowiedź. Próbowała na tej grupie wyciągnąć ode mnie jakiekolwiej szczegóły , a ja przecież tak nienawidzę pytań otwartych. Zbuntowałam się, powiedziałam, że nie będę rozmawiać o sobie. Dostałam więc ,,karę,,. Z racji tej iż nie ukrywałam faktu, że lubię pisać wiersze – kazała napisać mi wiersz pt. ,,O dziewczynce, która żyła bez uczuć,,. Nie bardzo rozumiałam podtekst. Przecież każdy ma uczucia chyba, że należy do kategorii jednej z chorób psychicznych, do osób, które uczuć nie odróżniają czy coś w ten deseń. Uznałam więc, że kompletnie nie odnajdę się w tym wierszu, przecież zawsze pisałam o tym, co aktualnie JA czuję i przeżywam. Ale dla świętego spokoju napisałam. Kazała mi go przeczytać na tej psychicznej grupie. Przeczytałam. Było to czytanie mechaniczne, techniczne, i jedyne czego się w nim trzymałam to przestrzeganie interpunkcji. Grupie coś się nie spodobało, chyba brak autentyczności, czuli, że jest to sztuczne, bo ,,gdy się czyta coś prawdziwego to widać emocje,,. Miałam ten wiersz napisać jeszcze raz. Wymyśliłam więc coś innego, jakieś bzdury ogólnikowe. Przeczytałam. Grupie również się to nie spodobało. Kiego chuja – powiedziałam, rzuciłam zeszytem i wyszłam z grupy. 

Edyta po zakończeniu grupy – zawołała mnie do siebie. Uznała, że wiersz jaki mi zleciła – miał mnie zbliżyć do moich emocji, których na grupie ani u niej – nie okazuję. Oczywiście, że ich nie okazywałam i nie zamierzałam okazywać! Obcy ludzie, brak zaufania a ja miałam pieprzyć o tym jak zostało potraktowane moje ciało i jak zaczęłam ukrywać się w prochach?! No Way. No więc Edyta wpadła na ,,genialny pomysł,, jak nauczy mnie ,,kontaktu z emocjami,, .

Posadziła mnie na fotel. Jeden z tych foteli, którzy terapeuci mają czasem w gabinetach zamiast krzeseł, żeby stworzyć pozory ,,normalności,, a co dla mnie ma odwrotny wydźwięk – sztucznego i przesłodzonego ,,domowego ciepła,, . Ciemnogranatowy fotel. Nienawidze tego koloru. Kojarzy mi się z tą ,,sesją,, . Kazała mi zamknąć oczy i wyciągnąć przed siebie ręce. Cóż, terapeuta karze – pacjent robi, nie wiem, kto wymyślił tą zasadę. Ale ok. Chciałam jej udowodnić, że zabawą w czarodzieja do niczego nie dojdziemy, choćby dlatego, że źle się czuję kiedy rozmówcy nie widzę. Fakt, staram się unikać kontaktu wzrokowego ale rozmówca musi być dla mnie widoczny nawet fragmentarycznie. Nienawidzę nie widzieć, to mnie zamyka, blokuje. I nie jest to zaburzenie ,tak po prostu mam. Drażni mnie to, irytuje, wkręca w głowę niepewność i złe intencje rozmówcy. No ale dobrze, żeby nie było, że jestem nadmiernie oporna – zrobiłam jak chciała.

Moje zadanie polegało na spędzeniu 45 minut na owym fotelu, z ZAMKNIĘTYMI oczami, w milczeniu (,,Paula,Ty wiecznie zagadujesz emocje,,) i z wyciągniętymi rękoma. Paradoks – kazała mi pisać o ,,dziewczynce bez uczuć,, po czym stwierdza, że ,,zagaduję emocje i uczucia zarazem,, . Umiesciła swoje dłonie pod moimi tak, że nie dotykała ich początkowo, ale jednak bardzo odczuwalne było ich ciepło. Zrobił mi się pewien dyskomfort ale pomyślałam, że to swego rodzaju ,,test siły,, kto pierwszy odpuści, i choć nie wiedziałam czemu to ma służyć – siedziałam tak, na coraz większym napięciu. Nie tak wyobrażałam sobie formę pomocy w kwestii tego, co w sobie skrywałam. Marzyłam o tym by te  chore minuty się skończyły, chciałam wrócić do pokoju, wykąpać się i zapalić. Miałam dość. W pewnym momencie już nie było ciepła. Było gorąco, bo Edyta niespodziewanie przyłożyła swoje dłonie do moich i ,,złapała,, tak, że po prostu się z tego ,,objęcia,, wyrwałam. Edyta uznała, że ,,tak jak myślała – uciekam od emocji,, . Powiedziałam jej ordynarnie, że ,,pierdolę, nie będę z siebie głupka robiła i więcej nie przyjdę,, . Co się okazało – moje wyjście przed czasem równało się ,,przerwaniu sesji,,. Zatem czas na karę.

Kara w języku Edyty była czysto świadoma. Wiedziała jak bardzo bronię się przed Hellingerem i nie chciałam brać udziału w scenkach nawet jako postać pomocnicza. Źle mi się nawet te inscenizacje i ,,przestawianie,, znosiło. Wiadomo, że w takim miejscu jak odwyk nikt nikogo siłą do niczego nie zmusi, ale Edyta zrobiła inaczej. Psychologia bywa niezawodna..

Opierając się na fakcie, że jestem ,,jedyną osobą, która nie brała udziału w ustawieniach,, (a jest to przecież element programu do którego każdy ma się stosować) uznała, że albo wyjdę na środek i dobiorę sobie osoby do mojego  ustawienia – albo ,,dyscyplinarnie zostanę wypisana natychmiastowo,, . Był to mój pierwszy odwyk i wizja przedwczesnego powrotu do domu (w dodatku  z takiego powodu) była dla mnie nie do przyjęcia. Co powie mama a razem z nią Tato, skoro zawsze to ona pierwsza widziała we mnie największego nieudacznika ? Uznałam, że zablokuję głowę i dostaną techniczne ustawienie. Skutki były inne.

W połowie ustawienia wybiegłam zapłakana, krzyknęłam, że ,,sama się wypierdolę z tego ośrodka,, po czym trzasnęłam drzwiami od palarni. Po chwili przyszła Edyta mówiąc, że ,,jest ze mnie dumna , osiągnęłyśmy przełom,,. Kto kurwa osiągnął, bo na pewno nie ja! – krzyknęłam. Edyta wiedziała, że codziennie biegam po zajęciach w lesie, miałam w tym celu wystawioną przepustkę od godziny 18. Ale już wiedziałam, że nie pójdę biegać swoją trasą. Wiedziałam też, że nigdy więcej nie dam się w taki sposób zaszantażować. Byłam pewna tego, co zrobię. Poza tym emocje i uczucia – były zbyt silne , a ponoć według Edyty – ich nie odczuwałam…

Poszłam się napić. Na tym odwyku pieniądze miało się cały czas przy sobie, nie były zabierane. Poszłam się napić do tego stopnia, że wróciłam totalnie pijana. Zadzwoniono po rodziców , wypisali mi dyscyplinarne zwolnienie i tak zakończył się mój pierwszy odwyk i przygoda z ,,terapeutką,, Edytą.

Napisałam tę historię z prostego powodu. Może nie tyle z prostego co z oczywistego. Ostatnio dość sporo myślę o zaufaniu. O tym jak ufać aby było bezpiecznie, jak ufać, by w odpowiedniej chwili rozłożyć swój wewnętrzny spadochron ? Jak ufać słowom, skoro za słowami kryją się takie zamiary po których później ,,dziewczynka,, już nawet nie żyje ,,bez uczuć,, a która od emocji aż gnije od środka..? Jak rozróżnić dobre zaufanie od złego? Jak się wycofywać  skoro nigdy nie wiadomo czy się zdąży to zrobić ? A to wszystko z wewnętrznym przeświadczeniem, że człowiek tak bardzo pragnie dobrego zaufania oraz tego wszystkiego, co ono z sobą niesie.  .

I może gdyby dziś w TV nie padło imię Edyta w odniesieniu do terapeutki – może nawet nie zdecydowałabym się na ten blogowy wywód po którym jest mi jeszcze gorzej niż było podczas opisywania tego wszystkiego..


Świat Sprzeczności..

Kiedy podejmowałam rok temu decyzję dotyczącą trzeźwości – myślałam w głębi duszy, że łatwiej będzie mi z sobą funkcjonować. Myślałam, że znajdę w sobie siłę na to , by nie tylko być wolną od ćpania, ale także by zrozumieć samą siebie i zmienić wiele sprzeczności jakie we mnie żyły – w świat wyklarowany, zgodny i łatwiejszy dla mnie. Myślałam, że jeśli już uwolnię swoje ciało i umysł od zgubnego działania prochów – zrozumiem i poznam siebie na nowo i będę zadowolona z efektów własnej pracy. Minął rok, a jedyne zadowolenie jakie posiadam to to, że  nie jestem notorycznie naćpana. Kontroluję to, świadomie. Jestem bowiem trzeźwa każdego dnia. Nie miałam ani jednej wpadki. Ani na moment nawet nie byłam technicznie w świecie nałogu. Nie wrócę do niego, jestem zdeterminowana. Ale to za mało. Znacznie za mało bowiem nie potrafię mieć pod kontrolą wielu swoich myśli, zachowań czy też działań, a to jest nie tylko dla mnie niewygodne, ale i przede wszystkim negatywnie wpływa na moje postrzeganie samej siebie. Nadal żyję w swym własnym świecie pełnym sprzeczności choć myślałam, że moja trzeźwość sprawi, że stanę się dla siebie łatwiejsza. A tymczasem..

Nadal czuję się samotna. Nie ukrywam – na fejsie otacza mnie rzesza znajomych z którymi każdego dnia mogę rozmawiać na masę tematów, ale paradoksalnie – nie cieszy mnie to. Zaczyna męczyć. Rozmowy tematyczne oscylują wokół tematów , które kończą się wraz z zakończeniem rozmowy podczas gdy fizycznie – większą część czasu spędzam sama. Ludzie często mówią mi ,że jestem inteligentna. Nienawidzę tego słuchać, bo czy inteligentnym można nazwać kogoś, kto nie tylko potrafi krzywdzić swoim zachowaniem, ale i robi to bez kontroli nad tym, chociaż ma tego świadomość ?

W dalszym ciągu boję się odrzucenia. Coraz częściej boję się, że to, co może być mi dane – może także się skończyć. Zawsze tak było i zauważyłam, że im bardziej wierzyłam w to, że tak nie będzie – to jednak tak było. Więc czy czasem nie jest lepiej zranić i przygotować się na odejście, niż być kimś normalnym i po czasie zostać mimo to kimś samotnym ? Odrzucenie boli. Boli bardziej niż wszelkie złe dotyki choć uważam, że odrzucenie jest złym dotykiem na psychice, na stanie umysłu, i dopiero kiedy dostanie się od kogoś kopa w tyłek – człowiek uświadamia sobie jak wiele mu brakuje do wzorca pożądanego, którym nie jest, bo przecież gdyby nim był – ludzie by nie odeszli..

Nadal żyje we mnie zazdrość. Zazdrość o to, że ludzie są przytulani. Mnie nikt nie przytulał ani podczas lat , kiedy ćpałam, ani kiedy byłam dzieckiem. Nie przytula nikt na trzeźwo, i dlatego z każdym dniem zaczynam drażnić się świadomością, że w dalszym ciągu omija mnie także coś takiego.. Im dłużej tak jest – tym częściej izoluję się (sic!) od przejawów potencjalnej czułości. Kiedy koleżanka chce przytulić mnie na powitanie – odsuwam się, bo dotyk w dalszym ciągu mnie drażni. Ostatnio usłyszałam, że ,,aby ludzie mogli mnie dotknąć potrzebują zaświadczeń ode mnie by mogli to zrobić,, – ten komentarz sprawił, że zdystansowałam się do fizycznego  kontaktu jeszcze bardziej.. Paradoks, prawda ? Ale czuję, że tak jest chyba lepiej niż gdybym miała zbliżyć się do człowieka.. Zazdroszczę innym radości z przytulania ale zarazem nie chcę by ktoś to robił względem mnie. Ludzie nie przytulają bez powodu, a powody zawsze się kończą. A gdy kończy się powód – przytulania także już nie ma. Więc tak jest chyba lepiej, i chociaż pogłębia to stan samotności – to wiem, że nie narażam się tym na potencjalne odrzucenie..

Ten cały bałagan związany ze sprzecznościami w kwestii bliskości sprawia, że nadal odsuwam się od zaufania. Tworzę kolejne ,,teorie spiskowe,, przez co ludzie boją się ze mną rozmawiać z obawy o to, że zacznę oceniać ich szczere reakcje względem mnie i patrzyć na nie przez pryzmat dawnych nieszczerych i złych reakcji innych ludzi, którymi w przeszłości byłam przygniatana..

To rodzi frustrację a frustracja pozbawia władzy nad zachowaniami i emocjami, przestaję być panią siebie, folguję sobię i wyzwalam z siebie zachowania sprzeczne z moim kodeksem wewnętrznym. Frustracja rodzi tęsknotę a tęsknota nasila ową frustrację do tego stopnia, że moje myśli w kwestii jej wyładowania kręcą się wokół seksu co w moich własnych oczach czyni mnie zaburzoną myślowo, ale zarazem wiem, że wówczas mam władzę nad tym, co się może zadziać. Kolejna sprzeczność, bowiem seks jest dla mnie jedną z liter alfabetu bliskości w związku – a skoro nie ma związku między mną a daną kobietą, to czy seks jako forma wyładowania frustracji jest czymś normalnym ?

Związku nie ma. Ale jest też złość na siebie za to, że pozwoliłam sobie przez lata być tak naiwna by wierzyć w miłość. Coraz częściej wracam do motywu karania się za własną naiwność. Znowu forma rozkładania siebie na czynniki pierwsze zaczyna być nie taka. Szczerze potrafię sobie powiedzieć, że nie chcę tej kobiety  już nigdy w swoim życiu. I to nie jest tak, że nie radzę sobie z tęsknotą za nią. Nie radzę sobie z tym, że rozpad tego wieloletniego związku naruszył dość istotnie i odczuwalnie moje Ego. Związki z ludźmi zawsze niosą pewne ryzyko, ale tutaj, w tej relacji – zaniedbałam troskę o własną psychikę, mój honor i poczucie dumy. Zabrano mi kontrolę. Magiczne słowo, które jest pierwszą cegłą i składnikiem budulcowym mojej osoby. Właśnie dlatego też – poza cholernym bólem – odrzucenie przez drugiego człowieka tak mocno boli. Bo nie tylko wraz ze swoim odejściem zabiera swoje wartości, ciepło,obecność,radość,motywację,bliskość (na ile jest w stanie tą bliskość ze mną mieć),etc. Ale boli też to, że nie mam możliwości zatrzymania takiej osoby przy sobie, a  skoro nie umiem  zatrzymać przy sobie – to czy mogę mówić o własnych wartościach ? Ludzie mówią, że jestem wartościowa. Paradoksalnie – ci wszyscy, którzy to mówili –  w większości należą do przeszłości. Z kolei kiedy mówią to obcy ludzie – czy warto wierzyć w takie słowa, skoro potencjalnie mogą odejść tak, jak już odeszli wszyscy ważni, którzy tak właśnie mówili ?

Myślałam, że gdy będę już trzeźwa ,niezniewolona narkotykowym syfem i bałaganem – to że moje emocje będą łatwiejsze w ich rozumieniu, przeżywaniu i nazywaniu. Gówno są łatwiejsze. Nic nie jest łatwiejsze. Tak samo muszę grać przed światem, pisząc jedynie w zeszytach lub na blogu. Jej mówiąc, choć czasem moje słowa są tak nieodpowiednie,że powinni mnie za nie zamknąć gdzieś w jakiejś jaskini jak zwykłego jaskiniowca. Ale słowa też są ważne..czasem lepiej jest zniechęcić do siebie powoli, niż z czasem znów przerabiać odrzucenie.. Ludzie się nudzą, odchodzą, a ból zostaje, nie chcę znowu go przerabiać, jego jest po prostu za dużo..

Jeszcze nie ma na dobre jesieni a ja zrobiłam się płaczliwa. Nie technicznie, bo technicznie nie płaczę . Niewiele brakowało bym zaczęła dawać sobie do tego stanu prawo. Kończy się na tym jednak, że wycieram oczy zanim coś w nich poczuję nawet, jeśli wydaje mi się, że takim wycieraniem zabijam samą siebie fragmentarycznie. Ale czy mogę jakkolwiek zabić siebie, skoro lata ćpania mnie nie zabiły ?

Kolejna sprzeczność jaka dziś ironicznie męczy mi głowę – jestem słaba czy silna ? Na jakiej podstawie mam to stwierdzić ? Czy jest sens stwierdzać cokolwiek w tej kwestii czy lepiej po prostu doświadczać siebie bez zbędnego filozofowania ? Czasem myślę, że nie powinnam aż tak przekładać na życie tego, co wyczytam w książkach, bo przecież słowami pisanymi nie zbuduję relacji z ludźmi a jedynie mogę je tymi słowami wzmocnić, ale …czy ja tak naprawdę potrzebuję tych relacji ?

Tak oto dochodzę do kolejnej sprzeczności. Nie wiem czy bardziej drażni i stresuje mnie obecność innych ludzi czy też nadmiar przestrzeni jaką posiadam sama z sobą. Książki i nauka to największa miłość. Lojalna, szczera, bez końca, pełna życzliwości i nadziei na to, że spełnię się zawodowo, pomogę innym ludziom tak, jak mi przez lata nikt nie umiał pomóc. Nie umiał, ale od pewnego czasu jest inaczej choć nie umiałam nigdy uwierzyć w to, że Ktoś będzie potrafił do mnie dotrzeć.. Nie wiem (i nie wnikam) jakimi sposobami wpływa na moje myślenie i spostrzeganie wielu rzeczy, ale wiem, że potrzebowałam takiej osoby..która zabierze mi to wszystko, co zasłaniało mnie przed spojrzeniem w kierunku słońca. Szarpię się, wiem o tym, bo widzę swoje reakcje gdy coś mi się nie podoba. Czasem czuję się jak mały bachor, któremu każdy przez całe życie dawał po dupie a w końcu Ktoś ma zupełnie inną strategię na podejście do złych schematów. Fakt, coś działa, ale dlaczego jest  to nie do przewidzenia ? Nie do przewidzenia = nie do skontrolowania. Pewne schematy buntują się we mnie, drażni mnie wiele rzeczy. Czy to normalne ? Podobno proces zmiany opiera się w pewnym sensie na buncie, ale jak buntować się zdrowo, bez przekraczania granic ?

Sprzeczności jest we mnie masa. Dziś zebrałam je w jedną całość korzystając z faktu, iż nie nazwę tego wszystkiego tak naprawdę nigdzie, a wyrzucenie z siebie syfu emocjonalnego niby jest ważne. Na początku pisania tego bloga – miałam główną koncepcję, by nie pisać o sobie. Później uznałam,że pisanie ,,nie o sobie,, oraz ,,nie o własnych przemyśleniach,, byłoby nie tylko naciągane ale i nieautentyczne, poza tym pisanie o innych jest zbyt proste, wszak tak łatwo jest oceniać innych, a ja nie od tego jestem. Uznałam z czasem , że będzie więc spontamicznie. Czasem o tym, co męczy mi głowę, czasem o tym, jak postrzegam coś, co wyczytam lub zaobserwuję.  Nie planuję tego co piszę i szczerze – nie sądziłam, że tylu ludzi będzie pisało do mnie wiadomości. Ale ja ich nie potrzebuję. Nie jestem doradcą, a jeśli już będę doktorem psychologii – obiecuję, że znajdziecie mnie bez problemu 🙂

Czy jest mi lżej po tym wpisie ?

Wiecie co ? Naprawdę kurwa nie wiem…

🙂

Don’t Trust…

Trzeźwość…..motywacja i te śmieszne duperele, które świat daje Ci zapakowane w piękny papierek i kolorową tasiemkę czy kokardkę nawet.. Zapominasz tylko, że opakowanie prezentu najczęściej jest produkowane przez inne ręce, a zatem wielu ludzi dostaje ten sam papierek, by przez moment poczuć się wyjątkowo.. A on jest tylko iluzją, bo prezent znajduje się dopiero pod wierzchnią warstwą papierku ..

Prezent, a ja przecież nie lubię prezentów..

A kto Ci kurwa kazał wyciągać łapy po jakiekolwiek życiowe prezenty !

Zaufanie ? Nic poza tym ,że łudzisz się, że dla ludzi to cokolwiek znaczy…

Zaufanie – kiedy pieprzą Ci okresowo, na przestrzeni lat a czasem i nie lat – ile w Tobie jest wartości.. Ale prawda jest jedna, LUDZIE ZAWODZĄ i nie ważne jak długo będzie dobrze – im bardziej przekonujesz się aby zaufać – tym bardziej boli Cię później dupa, kiedy przy najmniejszym błędzie lądujesz na nią jakbyś lądował z wysokości wieżowca.

Płacisz za swoją naiwność do której nikt Cię nie popychał, sam wpadłeś jak ostatnia sierota ,więc teraz oddychaj jak astmatyk. I nie miej pretensji o to, że ludzie są tacy, jak zawsze był cały świat. Out. Taką płacisz cenę. Oficjalnie. Bo nieoficjalnie płacisz znacznie wyższą. Indywidualnie, bo przecież taka z Ciebie indywidualność.

A tak naprawdę jedynie Twoj świat trzyma Cię w pionie… Ten drętwy świat w którym każdy dźwięk Cię rozumie nawet kiedy beczysz i wiesz , że możesz to robić do usranej śmierci bo nikt Cię za to nie zblachuje. Ale Ty nie płaczesz. Już nawet nie zapisujesz zeszytu. Bo ten drętwy świat – chociaż Ci pomaga – nie jest werbalny.. A Ty czasem częściej niż czasem – potrzebujesz porozmawiać. Idź do lustra. Tylko później nie dziw się , jak wywiozą Cię do czubkowa. Tak, masz rację – więc lepiej jak nie będziesz mówić. Lepiej po prostu milczeć, też jestem tego zdania.

Dla ludzi znaczysz tyle, na ile w danej chwili chcą abyś znaczył. Tak naprawdę nie znaczysz nic. Plastuś też znaczył tyle, ile podczas zabawy plasteliną przez dzieciaka..

I  nikt nie dotrzyma tempa..możesz mi wierzyć, mogę dać Ci na to słowo. Czasem znaczy więcej niż tysiąc słów upchnięte w Rafaello. I nie w promocyjnej cenie..

Wybierz słusznie, ale nigdy nie wybieraj zaufania..

Wybierz wlasny flow, choć czasem jest to równe niczemu. Paradoks, co nie ? Ale takie jest życie.

I pamiętaj…nie jesteś silny, to ludzie Tworzą Ci ten scenariusz…a Ty swą naiwnością w niego wchodzisz jak kaczka do jeziora. Tylko kaczki potrafią pływać, Ty jedynie się taplasz nieudolnie ale nikt Ci tego nie powie..

Dla ludzi zawsze jesteś tym, kim latami byłeś dla siebie..

Nie łudź się, że jest inaczej…

Zabawki też czasem się nudzą. 

Trzeźwa ? Jasne, jeszcze tak postanowiłam..

Ale już pieprzyć systemy moralne.

Nie ufaj, pamiętaj, dla ludzi znaczysz tyle ,ile sobie wmówisz, że znaczysz.

Wyjątki tworzysz we własnej głowie.

A głowa  myli się częściej niż możesz zdawać sobie z tego sprawę..

Nie motywuj się innymi, nie popełniaj tych błędów – motywacje są iluzją, z której później ciężko jest powrócić na realną ziemię, na Twoją własną pustynię..

Nie ufaj wizjom o pięknym życiu, te wizje kończą się z nastaniem dnia.

A dzień potrafi ukształtować Cię inaczej.

Nie ufaj , bo jedyne gdzie możesz wówczas dotrzeć to początek , linia startu z której zaczynałeś swój dumny survival pozytywnego myślenia..

 I nie bądz naiwny, to cecha głupców.

A głupiec zawsze kończy jako straceniec.

Możesz poczuć się momentami jak dotyk szczęścia ,ale wiedz o tym, że dotyk kończy się zawsze prawie tak szybko, jak się zaczął, i nigdy nie trwa dlużej niż sensoryczna aktywność Twojego ciała..ciało nie kłamie, i nigdy nie obieca Ci, że dotyk trwa wiecznie – ani ten zły ,ale i ten dobry także..

A jeśli kiedykolwiek pomyślisz ,że ludzie potrafią stworzyć na nowo Twój obraz – nie łudź się, ten obraz zawsze pozostanie taki sam..

Nie rozmawiaj, nie pierdol, nie słuchaj – wszak Goethe to wszystko robił i jak skonczył , mimo swego wewnętrznego piękna ?

Słuchaj siebie, nie pokonuj siebie przez nokaut. A najwielększym noakutem jest doszukiwanie się w ludziach tego wszystkiego, czego nie dostrzegasz w sobie..

To takie proste…więc nie ufaj.

Wtedy niczego nie odczujesz.

A jeśli chcesz ufać – to później nie płacz, jak jest Ci z tym źle. Nie wychodź tam, gdzie swiatło jest tylko ognikiem.

Rób tak, aby dla innych być wyblakłym elementem, nie raź po oczach bo oślepniesz od własnej naiwności.

Cynizm ? Bądź zawsze cyniczny. Bez tego rozpierdolą Ci świat , który budujesz, a który przez lata chronił całe Twoje wnętrze..

A pamiętaj, że to co zbudujesz – to jest sacrum. A przynajmniej powinno być do niego zbliżone, Ego Ci pomoże w rozeznaniu, możesz mi wierzyć..

Nie łudź się..po prostu się kurwa nie łudź..

Są momenty, kiedy w życiu nie szukasz uznania – na nim nie zbudujesz własnej wartości, choć bywa łatwiej myśleć, że będzie inaczej.

Są momenty, w których nie zwracasz uwagi na interpunkcję na własnym blogu – bez niej blog się nie zawali.

I są chwile , kiedy nie oczekujesz niczego choć wszelkie definicje wzięte ze Skinnera twierdzą, że wzmocnienia pozytywne i negatywne mają wpływ na ludzkie zachowanie – behawioryzm także odrzucasz.

To jest czas ,kiedy nie czekasz na nic, choć psychoanalityk uzna, że czekasz.

Ale ja Ci mówię jedno – nie czekaj na ludzi, nie czekaj na słowa, nie czekaj na nic, bo jeśli czekasz na cokolwiek w życiu z tym związane- ewolucja umysłu nie jest dla Ciebie.

Nie oceniaj własnych zachowań, nie oceniaj tego, co otrzymujesz od życia – bierz względne minimum , jeśli nie chcesz aby życie wystawiło Ci rachunek.

Jeśli jest Ci trudno – tak będzie, takie jest życie . Ale pokonasz trudności jeśli chcesz, bo jeśli chcesz i ruszysz dupę – to możesz. Ale czy chcesz ? Sam sobie odpowiedz.

Nie ufaj, nie oczekuj, nie szukaj odpowiedzi w księgach i mądrościach. Weryfikuje codzienność i to ona powinna być Twoim wyznacznikiem.

Czasem największe skrajności bywają największym sojusznikiem.

Wybierz świadomie, aby później nie mieć poczucia krzywdy, w którą sam się wpędzisz, jeśli wybierzesz źle.

I nie wnikaj w szczegóły, takie po prostu jest życie.

Tyle na środę…

Zaskoczyć życie :-)

Przez wiele długich lat żyłam w przeświadczeniu, że to życie jest od tego, by wciąż mnie zaskakiwać. Zarówno pozytywnie, jak i pod kątem smutków, dylematów oraz wątpliwości. Myślałam, że to wszystko czego doświadczam w mniejszym stopniu zależy ode mnie, zaś w większości zależy od sprawczości, przypadków, losowych zdarzeń. Każdy przejaw najmniejszego szczęścia odbierałam jako niespodziankę, na którą w mym odczuciu nie do końca zasłużyłam, lub nie zasłużyłam  na nią w ogóle – dlatego tak trudno zawsze było mi cieszyć się z małych sukcesów. Uważałam, że mniej jest w nich mojej pracy i zasługi, a więcej ,,życiowej łaski,,. Każdego dnia budziłam się z pytaniami : ,,jak dziś zaskoczy mnie życie ? Czy będę na to gotowa ? Czy będę tego chciała ? A co, jeśli nie ? ,,. 

Życie nie jest od tego, aby zaskakiwać. Życie daje nam to wszystko, co na daną chwilę powinniśmy otrzymać by móc nauczyć się czegoś nowego. Czasem jest to reakcja na dany problem czy wydarzenie. Czasem jest to nowa emocja, którą uczymy się uzewnętrzniać. A innym razem jest to docenienie chwili jaką dane nam jest spędzić samotnie – bo któż powiedział, że czas spędzony samotnie jest czasem bezproduktywnym czy gorszym jakościowo od czasu, jaki dane jest nam spędzać z innymi ludźmi ?

Nauczyłam się doceniać, gdyż zrozumiałam, że tylko doceniając każdą chwilę, którą mogę zdrowo przeżyć – to JA zaskakuję życie. A skoro to JA żyję i życie należy do mnie – to ode mnie powinno zależeć kiedy będę zaskakująca. Dlaczego więc nie zaskakiwać życia codziennie ? Przecież tak naprawdę zaskakując życie – zaskakuję samą siebie, co jest już w gruncie tej idei konstruktrywne, pełne kreatywności oraz pozwalające mi zgłębiać siebie, własne pragnienia.

Brzmi nierealnie ? Spróbuj 🙂

Zobacz jak świetnie poczujesz się z sobą ,kiedy nie będziesz snuł katastroficznych myśli w stylu ,,a co jeśli dziś w pracy szef będzie miał zły humor i odbije się to na mnie,, – lecz po prostu będziesz dla siebie kreatywny ,gdy dana sytuacja się wydarzy, i gdy już nastąpi – po prostu zachowasz się tak, by po powrocie do domu samodzielnie pochwalić się za własną reakcję ?

Nie planuj nadmiernie. Gdyby każdy człowiek od rana planował i przewidywał własne reakcje na zachowania innych ludzi – najpierw stałby się zaprogramowanym robotem, a po czasie znalazłby się w szpitalu psychiatrycznym , bowiem na dłuższą metę stan umysłu zostałby totalnie zaburzony. Owszem, warto jest wiedzieć co zrobimy, kiedy szef nas zwolni, w końcu od pracy zależy ludzka egzystencja. Ale po co każdego dnia zastanawiać się nad zwolnieniem jeśli wiemy, że jesteśmy dobrym i solidnym pracownikiem, nie rokującym na kandydata do zwolnienia ?

Dystans jest ważny. Gdy utracimy dystans do siebie i własnych myśli – utracimy go także w stosunku do świata. A wtedy trudno jest zaskakiwać życie. 

Obserwuję u siebie od pewnego czasu zmiany. Bardzo widoczne gołym okiem ale i przede wszystkim – odczuwalne wewnętrznie. Odkąd zaczęłam podejmować mniej decyzji ale za to bardziej rzeczowych ,dotyczących rozłożenia ich w czasie – zauważyłam, że rodzą one kolejne mniejsze, już samoistnie. Gdy podjęłam decyzję o trwaniu w trzeźwości to analogicznie porzuciłam myśli o dawnych znajomych, którzy byli toksyczni. To z kolei doprowadziło do tego, że zaczęłam pragnąć zrealizować dalsze cele dotyczące nauki, które kiedyś porzuciłam, bowiem wierzyłam wówczas, że ,,nauka nie ma sensu bo życie i tak mnie negatywnie zaskoczy więc po co się łudzić i tracić energię,, . Zaskakująco w dalszym ciągu – pojawiły się kolejne niespodzianki. Zaczęłam wracać do dawnych zainteresowań a to z kolei sprawiło, że znów zaczęłam czuć się wartościowym człowiekiem, kobietą – przez co myśli o niszczącej mnie przeszłości i o tym , jak traktowane było moje ciało – coraz rzadziej i słabiej przebijają się przez warstwę ,,nowej Mariette,, ,a głosy z przeszłości, które niegdyś wołały dzikim wrzaskiem chcąc mnie ogłuszyć – dziś słabną, cichną, chociaż mam świadomość, że będą we mnie zawsze. Ale już nie takie. Już nie tak. To JA zaskoczyłam życie poprzez działania w teraźniejszości. Nie mam wpływu na minione wydarzenia, ale mam wpływ na to co robię, abym dzięki temu każdego dnia stawiała fundamenty dla mojej przyszłości.

Jak traktuję ludzi ? Też zaskakująco. Już nie z nieustanną tolerancją i szacunkiem. Te czasy minęły. Traktuję ich tak, jak na to zasługują w moim odczuciu, dlatego wielu ludzi w ogóle nie traktuję i jedyne co im daję to moją nieobecność. Zaskakujące ? Tak, ale jak już mówiłam – aby mieć poczucie komfortu i sprawczości pozytywnej na temat mojego życia – będę zaskakiwać samą siebie, a zaskakując siebie – daję światu to, czego nie może przewidzieć. I tak jest dobrze.

Wkurwiać mogę ,ale nie muszę. Pytać chcę i będę. Co odpowiem ? A kto powiedział, że odpowiem jeśli zapytasz ? Słońce też nigdy nie mówi kiedy będzie padał deszcz, bowiem ten sekret jest znany tylko chmurom. I taką chmurą jestem. Mogę przynieść zbawienny deszcz na ochłodę emocji, mogę być ulewą siejącą spustoszenie. Ale mogę też zamrozić śniegiem własnej obojętności wszystko to co piękne .

Mogę jeszcze coś.

Mogę przepuścić słoneczne promienie i oglądać razem z ludźmi tęczę. Wszystko mogę, bo jestem świadoma tego , kim jestem Tu i Teraz.

Ty także możesz zacząć zaskakiwać własne życie i odczuwać wyjątkowość każdej chwili ,a także uczyć się reagować odpowiednio przy chwilach trudniejszych.

Nie PLANOWAć REAKCJE, lecz REAGOWAĆ W DANYM MOMENCIE – czasem nie planując możesz sprawdzić , na ile Twój umysł jest Twym sojusznikiem, a na ile – renegatem, kiedy nadarzy się sytuacja wymagająca reakcji.

Ćwicz samego siebie, ale nie planuj bardziej ,niż jest to konieczne.

Gdyby gwiazdy planowały intensywność własnego blasku – nigdy nie potrafiłyby docenić tego,  jak wielką magią są same w sobie od chwili powstania, kiedy jeszcze gołe oko nie jest w stanie ich zauważyć 🙂

Zaskakujące, prawda ? 🙂

Ale mam też mój mały Wielki sekret, klucz do tego wszystkiego, co odradza się we mnie, coraz bardziej dojrzałe, świadome oraz szczęśliwe. Mam Przewodnika. I nie mówię tu o jakimś religijno-ezoterycznym cudotwórcy. Nie mówię o tym aspekcie. Mam Ją i rozmowy, które sprawiają, że każdego dnia coraz bardziej rozumiem to, kim jestem. Uczę się tego, jak osiągać to, czego pragnę w zdrowy sposób. Jej codzienne motywacje sprawiają, że potrafię nabrać dystansu nawet, gdy samodzielnym myśleniem nie potrafię tego osiągnąć.  Jej poczucie humoru sprawia, że w chwilach skrajnych nerwów – pojawia się u mnie terapeutyczne dla samej siebie ,,parsknięcie,, wraz ze świadomością, że powinnam wyluzować, i wrócić na Ziemię zamiast lewitować w nieistotnych molekułach samej siebie. Od samego początku gdy zaufałam – każde słowo i Jej refleksja – jest ważna. Zawsze coś z sobą niesie, zawsze coś przekazuje. To jest bardzo ważne, dlatego zapisuję wiele rzeczy. I gdy pojawiają się myślowe zawirowania – kiedy nie wiem jak myśleć i co robić, zastanawiam się co by zrobiła Ona, lub jak spojrzałaby na to, co robię/bym zrobiła. To motywuje. Skłania do przemyśleń rzeczowych, choć wnioski nie zawsze są łatwe a działania czasem wymagają. Ale wiem, że nie wymagają więcej niż jestem w stanie osiągnąć. A osiągnąć i tak mogę wiele. I to Ona przywróciła mi tą świadomość do tego stopnia, że planowanie – zaczęłam przekładać na działanie. Działanie nacechowane wiarą we własne możliwości. To niewiarygodne ale i piękne. Wzmacniające. Świadomość, że jest dla mnie Ludzkim Autorytetem sprawia, że czuję się bezpieczniej a rzeczywistość już nie napawa mnie strachem. Od pewnego czasu podejmuję ważne i mocne decyzje, czuję się bardziej realna, prawdziwa i stabilna. I to wszystko – zawdzięczam nie tylko sobie. Ale przede wszystkim Jej.

Kluczem do zmian i inwestycji w siebie – jest w moim przypadku zaufanie.

I tutaj – życie zaskoczyło mnie pięknie, i chyba tak, jak się tego nie spodziewałam 🙂 .

A Ty ? Czy już wiesz w jaki sposób zaskoczysz dziś samego siebie, aby tym samym zaskoczyć życie ? 🙂

 

Blog na WordPress.com.

Up ↑